Grać na wszystkich instrumentach, nie dotykając żadnego
Z Marzeną Diakun, laureatką poprzedniej edycji Międzynarodowego Konkursu Dyrygentów im. Grzegorza Fitelberga, która światową sławę zyskała, zastępując Mikko Francka w koncertach filharmoników Radia Francuskiego, rozmawia Alexandra Kozowicz.

Alexandra Kozowicz: Dyrygent czy dyrygentka?

Pani dyrygent. Nie podoba mi się na siłę wprowadzana forma żeńska. W ogóle jestem przeciwniczką parytetów, także w świecie muzycznym. Mówię to jako stypendystka nagrody przyznawanej przez Marin Alsop, amerykański dyrygent z Baltimore Symphony Orchestra, która współpracuje z najlepszymi zespołami na świecie. Nagrody przyznawanej jedynie dyrygującym kobietom. To nie fair.

Dlaczego?

Bo to zaburza naturalną selekcję. Niech tę selekcję przeprowadzają orkiestry, weryfikując potencjalnych kandydatów. Nie twórzmy kolejnych sztucznych podziałów ze względu na płeć w postaci np. kursu dyrygenckiego przeznaczonego tylko dla kobiet.

Ale kobiet dyrygentów w świecie muzycznym jest nadal nieproporcjonalnie mało. To ukłon w stronę pań.

Emancypacja kobiet wciąż, choć od ponad stulecia, trwa. Nie tylko w dyrygenturze, ale i w innych dziedzinach. Kobiety zostały dopuszczone do kształcenia i to się będzie powoli wyrównywać. Ważne jest, żeby mieć mocną, także męską konkurencję. Nie trzeba się jej bać.

A co z uprzedzeniami? Jurij Temirkanow powiedział kiedyś: „esencją dyrygowania jest siła, esencją kobiecości – słabość”.

Siła fizyczna czy hart ducha? W zawodzie dyrygenta na pewno trzeba być zdeterminowanym. Na to, co chce się uzyskać w pracy z orkiestrą i w realizacji pomysłu na siebie, w budowaniu ścieżki kariery. Dotyczy to wszystkich – kobiet i mężczyzn. Powiedziałabym raczej, że esencją dyrygowania jest wrażliwość, którą powinien mieć każdy artysta. Wrażliwość rozumiana jako umiejętność odbierania fluidów ze świata i przetwarzania ich w artystyczny sposób. W czysto praktycznym aspekcie trzeba mieć siłę, by żyć na walizkach. Siła w rozumieniu hardości nie jest dla mnie wyznacznikiem bycia dobrym dyrygentem.

A co nim jest?

Muzykalność, wiedza, a przede wszystkim osobowość. Trzeba umieć porwać ludzi, tych, którzy cię słuchają i tych, którymi dyrygujesz. Na scenie nie ma demokracji, narzuca się swoją wizję muzyki i albo odbywa się to dobrowolnie na zasadzie współpracy i zaufania, albo jest się dyktatorem.

Trzeba umieć porwać ludzi, tych, którzy cię słuchają i tych, którymi dyrygujesz.

Dyrygent może być dyktatorem? Może o tej esencji siły mówił Temirkanow?

Są orkiestry, którym narzuca się własną koncepcję. Są też takie, które nie tylko czytają w muzycznych myślach, ale potrafią pójść dalej, niż dyrygent mógłby się spodziewać. Sztuką jest umiejętność wykorzystania tego rodzaju orkiestrowej chemii.

Za to docenili Cię filharmonicy Radia Francuskiego, kiedy zastępowałaś Mikko Francka? Spośród ponad trzystu pięćdziesięciu kandydatów, którzy zgłosili się z całego świata, wybrano właśnie Ciebie.

Co ciekawe filharmonicy mieli przywilej współdecydowania o wyborze zastępcy dyrygenta. I wybrali właśnie mnie. To była szkoła życia. Kontrakt narzucił dotąd nieznany mi tryb pracy – co tydzień nowy, szeroki program do opanowania. Poza moimi projektami dyrygowałam też nagłymi zastępstwami, o których dowiadywałam się w ostatniej chwili, czasem z tylko jedną próbą generalną przed koncertem. Znacząco poszerzyłam swój repertuar. Rok w Paryżu to były setki prób, wiele nagrań i prawykonań oraz dziesiątki koncertów transmitowanych na żywo w radiu.

Na których często byłaś owacyjnie przyjmowana.

A zaczęło się od prostego: „a czemu by nie spróbować?”, dzięki któremu zdecydowałam się wysłać zgłoszenie do Francji. Wszystko sprzysięgało się przeciwko mnie, nawet nie dotarły do mnie maile zapraszające na konkurs. Ale siła marzeń jest ogromna – w końcu moje wymarzone miasto otworzyło przede mną drzwi. Paryż zawsze mnie pociągał.

Wysyłając zgłoszenie, byłaś już laureatką II nagrody na prestiżowym Konkursie Dyrygenckim w ramach Festiwalu „Praskiej Wiosny” (2007), finalistką Międzynarodowego Konkursu dla Dyrygentów im. W. Lutosławskiego, Cadaqués Competition w Barcelonie i Donatella Flick Competition w Londynie.

I IX edycji Międzynarodowego Konkursu im. G. Fitelberga w Katowicach, który uważam za najtrudniejszy z nich wszystkich. Każdy konkurs wywołuje ogromny stres spowodowany dziwną, bardzo sztuczną sytuacją, w której w krótkim czasie trzeba pokazać się z jak najlepszej strony w repertuarze obejmującym dziesiątki godzin muzyki.

Który z tych występów był dla ciebie przełomem?

Moje pierwsze spotkanie z profesjonalną orkiestrą w cztery oczy. A właściwie w setkę oczu! Przekonałam się wówczas, że dyrygowanie jest rzeczą karkołomną, ale też wiedziałam już, że niczego innego nie będę bardziej chciała robić w życiu. To niesamowite grać na wszystkich instrumentach, nie dotykając żadnego. I jak każdy muzyk chcę mieć coraz lepszy instrument i dyrygować coraz lepszymi orkiestrami.

Paszport Polityki był dla Ciebie jakimś przełomem? Jury pięknie uzasadniło jego przyznanie – „za konsekwentny i błyskotliwy rozwój osobowości i kariery dyrygenckiej mimo wszelkich trudności”.

Myślę, że nie tylko dla mnie, ale i dla nowego pokolenia polskich dyrygentów. Ta nagroda jest przykładem, że sukces w tak, wydawałoby się, niedostępnej dziedzinie sztuki jaką jest dyrygowanie jest możliwy. Myślę, że ten fakt otworzył oczy wielu młodym ludziom na to, że można samemu szukać dla siebie różnych ścieżek kariery i konsekwentnie budować swoją pozycję. Wielki świat nie otwiera się przypadkiem. Trzeba zapukać do jego drzwi, a potem własnoręcznie je otworzyć.

Zaufali nam

© 2018 Koncept All rights reserved. Made by ORDER GROUP